Witajcie!
Bardzo przepraszam, że tyle musieliście czekać, w dodatku nie na cały rozdział, ale na jego pierwszą część. Wybaczcie. Spowodowane to było wybitnym brakiem weny jak również poważnym przygnębieniem. Jestem okropna, ale postanawiam poprawę (i módlmy się, żeby mi się udało). Mam cichą nadzieję, że będę w stanie Wam jakoś zrekompensować moją długą nieobecność. Byłoby miło, gdybyście z tego powodu mnie nie opuścili...
Pozdrawiam i zabieram się do pracy,
Selene
Liczba odwiedzin bloga
czwartek, 7 czerwca 2012
Rozdział Czwarty: Brat (część pierwsza)
Rano,
gdy na górnych piętrach domku Kuzyna
słońce przedzierało się małe okienka, Siostra
podniosła
się obolała z cienkiej maty ułożonej na nierównej podłodze.
Przeciągnęła się, zrobiła skłon i wątłymi rękoma potarła
bolące plecy. Potem wyszeptała wszystkie możliwe przekleństwa, we
wszystkich znanych jej językach, pod adresem kapitana i tego
nienormalnego magika.
-
Po co, do ciężkiej cholery, zgodziłam się na nocleg u tego
szajbusa!? - zapytała swojego mizernego odbicia w żółtym,
pękniętym lustrze, które, oprócz maty i przeciekającej beczki z
wodą, było jedynym przedmiotem w tym pokoiku.
-
No tak, już wiem... Nie powinnam się sprzeciwiać, gdy Reaper się
zgadza, to nie sprzyja moim planom... - odpowiedziała sobie po
chwili. - Jeszcze się za to odegram Diable!
Zamilkła
szybko i przybrała blady uśmiech, gdyż rozległo się pukanie do
drzwi, przez które i tak było wszystko widać – były zbite z
różnej długości i grubości kawałków drewna.
-
Prosz... - rzuciła ku drzwiom, spod lustra.
-
Dobry... - przywitał się Reaper. - Widziałaś może...?
-
Kuzyna?
- odwróciła się twarzą do kapitana. - Niestety nie. A co? Zgubił
się gdzieś?
-
Tak jakby... - powiedział mierzwiąc palcami roztrzepane włosy.
-
Czyli go nie ma? - otworzyła szerzej oczy, udając lekkie zdumienie
i zainteresowanie sprawą.
-
W domu go nie ma, ale nie sprawdzałem jeszcze na zewnątrz. Zatem
tak jakby się zgubił.
-
Acha. Pomóc ci go znaleźć?
-
Nie, poradzę sobie – rzekł zamyślony i wyszedł.
-
Po co on tu przylazł? - zapytała znów siebie samą. - Nie ważne,
nie czepiaj się go tak, bo w końcu się zdradzisz – przeczesała
włosy palcami i usiadła na macie.
Reaper
zdumiał się niezmiernie, gdy po wyjściu z chatki zobaczył
zaginionego wariata, siedzącego przy ognisku.
-
Co ty robisz na zewnątrz? Już byłem skłonny sądzić, że ktoś
cię uprowadził – krzyknął kapitan do Kuzyna.
-
Robię śniadanie. Nie ma mojego współlokatora, więc muszę sam
przygotować jedzenie. Wy jesteście moimi gości i nie mogę was o
to poprosić – powiedział, jakby to było oczywiste.
Kapitan
zastanowił się chwilę i stwierdził, że to ma sens. Przysiadł
się.
-
Gdzie dziewczyna? - magik podniósł wzrok na Reapera.
-
Udaje nieobrażoną w swoim pokoju – kapitan rzucił spojrzenie
obranemu ze skóry zwierzęciu, które jego towarzysz obracał na
kiju nad ogniskiem.
-
Ciekawe...
-
Co to jest?! - wrzasnęła, nie kryjąc obrzydzenia
Siostrzyczka,
która właśnie wyszła z domu.
-
To? - magik wskazał zwierzę.
-
I już narzeka. Kobiety – zaśmiał się cicho kapitan.
-
Oto właśnie przykład, dlaczego nie nadają się na żeglarzy –
odpowiedział gospodarz.
-
Co tam tak szepczecie? Tak to! Co to za diabelstwo!?
-
To nasze śniadanie – dziewczyna wzdrygnęła się na myśl, że
właśnie usłyszała to, czego najbardziej nie chciała usłyszeć.
-
Przepraszam – powstrzymała arystokracką część siebie i dała
dojść do głosu Siostrze
–
złodziejce i piratce.
-
Nie ma za co. Siadaj i jedz – Kuzyn
machnął
ręką w swoim kierunku.
Nie
można powiedzieć, że to, co działo się dalej to przyjemny widok.
Trójka obskurnych, śmierdzących ludzi siedziała na rozkładających
się kłodach, a gdyby tego było mało, szarpała zębami krwiste
mięso. Na całe szczęście jeden zając znika raczej szybko, jeśli
jest pożerany przez aż trójkę ludzi. Po jedzeniu jeszcze raz
powtórzyli plan, który teraz wydał im się nie mieć sensu, jednak
nikt nie protestował. Plan był tylko po to, żeby uczestnicy
operacji czuli się pewnie, a nie po to, żeby się go trzymać.
Następnie zebrali ekwipunek, wykąpali się w morzu i przygotowali
się mentalnie do ataku na więzienie.
Nim
zbliżyli się do więzienia na odległość półtorej mili, kapitan
i czarownik rozmawiali o swoich wspólnych wyprawach, których
notabene było niewiele, a dziewczyna szła obok z głową w
chmurach. Gdy byli już blisko grubych, wysokich murów więzienia
przyczaili się w zaroślach i czekali na zmianę warty.
Czekali
około dwudziestu minut, pocąc się okropnie w południowym słońcu.
W końcu nadeszło dwóch żołnierzy, rozmawiających wesoło.
Minęli czyhających piratów i skręcili za róg budowli. Po chwili
zza tego samego rogu wychynęli dwaj umorusani na twarzach mężczyźni
w mundurach angielskich. Magik i Reaper wyskoczyli zza krzaków i
schwytali wartowników. Po czym przebrali się w ich mundury.
Siostra,
której zadaniem było udawanie świeżo schwytanej przestępczyni,
dała się zakuć w ciężkie, żelazne, lekko zardzewiałe kajdany.
Zwarci
i gotowi do działania wyszli zza rogu więzienia, zostawiwszy swoje
rzeczy za krzewem. Dziewczyna szarpała się na wszystkie strony,
udając, że próbuje uciec.
Stanąwszy
przed główną bramą, panowie zasalutowali strażnikom.
-
Kim jest ta dziewka? - spytał jeden mężczyzn, pilnujących wstępu
do więzienia.
-
To złodziejka – powiedział ze wzgardą kapitan. Ściszył głos i
dodał: - Podobno przebywała także w towarzystwie piratów.
-
Ma tu zaczekać na osądzenie. Ech i tak wszyscy wiemy, że zawiśnie,
ale takie jest prawo... - dopowiedział
Kuzyn.
-
W takim razie, wchodźcie. Na pewno znajdzie się dla niej miejsce!
Piractwo! - Krzyknął i splunął Siostrze
pod nogi.
-
Otwórzcie bramę – krzyknął strażnik ku górze.
Wielkie,
masywne wrota otworzyły się z głośnym szczękiem. Weszli.
piątek, 11 maja 2012
Tak bardzo przepraszam...
Niestety okauje się, że na następną część będziecie musieli trochę poczekać. Nawał pracy, inne opowiadania i wena akurat na nie, a nie na to. Przepraszam. Opóźnienie wynika także z moich problemów związanych ściśle z... a nie powiem z czym. W każdym razie zupełnie nie mogę się skupić, a jak już mogę to piszę rzeczy, których nigdy nie chciałam napisać... Jeszcze raz, wybaczcie. I czekajcie cierpliwie. Pojawi się na pewno i postaram się wstawić ciąg dalszy przed 22 maja.
Selene
Selene
sobota, 14 kwietnia 2012
Rozdział Trzeci: Kuzyn
W
gospodzie „pod Zarżniętym Wieprzem”, aż roiło się od złych
ludzi, szumowin, morderców, złodziei i oczywiście piratów, w
większości piratów. Jednym z nich był dobrze zbudowany jegomość,
zajmujący najlepsze strategicznie w tawernie. Wybrał sobie
najciemniejszy kąt, tuż za małym stolikiem. Rozparł się wygodnie
na trzeszczącym krześle i obserwował drzwi. Coś miało się
zdarzyć. Czekał. Czekał na kogoś, kogo nie sprowadzi tu chęć
wlania w siebie rumu. Czekał…
Jego
przyjaciel miał dom na plaży, na drugim końcu miasta. To był też
jego dom. Współlokator zarabiał na życie w dość nietypowy
sposób… To właśnie ciekawe zdolności kamrata przywiodły tego
człowieka do baru. Znał tylko dwie nieomylne osoby i gdyby
nadarzyła się możliwość rozmowy z drugą, można było by rzec,
że słuchał ich obu.
Gość w barze uśmiechnął się do siebie lekko, gdy zobaczył w drzwiach dwie postaci i przywołał pewien cytat: „Magia? Voodoo? I inne bzdety! On po prostu oszukuje ludzi!”. Reaper!
***
-
Czy naprawdę musimy z nim współpracować? – jęknął Reaper w
drzwiach knajpy. – Nie obejdzie się?
-
Ni… - odpowiedział damski głos. – NIE – powtórzyła postać
w bardziej męski sposób. – W pewnym stopniu jesteście do siebie
podobni…
-
Nigdy tak nie mów! Prawdą jest, że…
-
Ci… ciszej… - syknęła. – Ściany mają uszy… - spojrzała
na pijaka, który siedział przy barze, bacznie się im przyglądając.
Kapitan
musiał wziąć głęboki oddech. Czasem emocje odgrywały zbyt ważną
rolę. Nigdy nie powinien sobie na to pozwalać.
W
tawernie panował chaos. Na samym środku sali trwała krwawa bójka.
Pod ścianą leżał jakiś brudas, który głośno chrapiąc,
zagłuszał muzykę graną przez pewnego chudzielca na pianinie.
Barman beznamiętnie wycierał ladę, która to została przed chwilą
oblana rumem, co było powodem bójki w centrum knajpy.
Reaper stwierdził, że wszystko jest w porządku. Szukał jeszcze jednego nieodłącznego elementu pirackiego baru. Wodził wzrokiem po najdalszych częściach lokalu. Znalazł go. W słabym świetle świec zdołał ujrzeć tylko wyszczerzone, białe zęby. Westchnął i ruszył w tamtą stronę. Siostra podążyła za nim. Obiecała nie zachowywać się jak arystokratka, którą była z urodzenia, ale nie mogła się powstrzymać przed patrzeniem, na schlanych w trupa mężczyzn, z wyraźną pogardą. Diabeł przysunął sobie krzesło i usiadł na nim okrakiem. Zobaczył tego człowieka, raz czy dwa. Wiedział, że mieszka z osobą, której poszukiwał. Co prawda nigdy nie widział ich razem, obok siebie, ale wiedział to, czuł.
- Wiedziałem, że on się nigdy nie myli – zakpił z kapitana tajemniczy człowiek.
- Potrzebujemy… - Reaperowi słowa ugrzęzły w gardle, trzymała je tam jego duma.
- Oczywiście, że tak! – zachichotał. – On wiedział, że ktoś będzie potrzebował jego pomocy… - podrapał się po brodzie. – Ale nie sądziłem, że przyjdzie sam kapitan James Reaper!
- Ciszej, na miłość boską! – warknęła Siostra, widząc skwaszoną minę towarzysza.
Diabeł spiorunował ją wzrokiem. Według niego nigdy nie było, nie ma i nie będzie czegoś takiego jak „bóg”, a co za tym idzie „miłość boska”.
- Zaprowadzisz nas do niego? – powiedział Reaper władczo.
- Oczywiście – odpowiedział śpiewnym tonem człowiek, który prosił się o to, żeby oberwać piąchą prosto w nos. – Chodźcie… - rzekł zaraz po wielkim łyku alkoholu.
Cała trójka szybkim krokiem opuściła „pod Zarżniętym Wieprzem”, z czego bardzo zadowolona była Siostra, która źle czuła się w tego typu miejscach. Zaraz po wyjściu zatrzymała się na chwilę, by cieszyć płuca miłym, świeżym powietrzem.
- Chodź, nie mamy dużo czasu – ponaglił przewodnik.
***
Już
sam zapach wskazywał na to, że w tym domu nie może mieszkać
normalny człowiek. Zatęchłe, ciężkie, a w dodatku wilgotne
powietrze nie sprzyjało życiu. Gdyby tego było mało, wypełniały
je zapachy zgnilizny i rozkładu.
Ceglana
piwnica oświetlona tylko kilkoma marnymi świeczkami, z których
większość zbliżała się już do końca swego żywota. W kątach
zwisały luźno pajęczyny. Przemoknięte drewno półek, uginało
się pod ciężarem książek i sporych słoików, wypełnionych po
brzegi najróżniejszymi oraz najobrzydliwszymi rzeczami. Z sufitu
zwisały skrawki brudnego, czerwonego materiału, a między nimi
kołysały się martwe ptaki i zające. W małych klatkach w kącie
piszczały szare myszy. Wśród tego wszystkiego, na jednej z kilku
twardych poduszek, leżących na podłodze, siedział Kuzyn.
Przewodnik
wprowadził kapitana i Siostrę
do piwnicy. Dziewczyna stanęła w drzwiach i wyrażając swoją
dezaprobatę, zatkała nos. Kuzyn
otworzył jedno oko. Łypał nim przez chwilę to na kapitana, to na
dziewczynę.
-
Cieszę się, że cię widzę przyjacielu! Co cię do mnie sprowadza?
- powiedzieli Diabeł
i Kuzyn
chórem, po czym Reaper dodał: – Skończ z tym! Dobrze wiesz, jaki
jest mój interes.
-
Zgadza się. Zatem siądź kapitanie. Niechaj cię ugoszczę.
-
Nie trzeba – rzucił sucho. - Pomożesz mi czy nie?
-
Gdy ktoś taki, jak sam Diabeł
przychodzi
z prośbą o pomoc... - rzucił okiem na poirytowaną twarz żeglarza.
- Pomogę – zakończył szybko.
-
Musimy obmyślić plan – szepnęła Siostra.
-
Po co ci plan?! - wrzasnął magik.
-
A jak inaczej masz zamiar wyciągnąć Brata
z
więzienia? Będziesz liczył na cud?!
-
Chciałbym o coś zapytać – zwrócił się do Reapera. - Dlaczego
właściwie chcesz wyciągnąć swojego brata z więzienia?
-
Nie mojego brata, tylko naszego znajomego – Brata...
-
Przecież
jest tutaj – wskazał na swojego współlokatora.
-
To nie on – rzekła Siostra
bez
owijania w bawełnę.
-
Naprawdę? James? Wiesz, że nic nie widzę bez okularów. Czy ten
człowiek nie jest Bratem?
- spytał, marszcząc czoło.
-
Nie.
Kuzyn
westchnął.
-
Oszukałeś mnie...
Przewodnik
próbował uciec, ale drogę zasłoniła mu arystokratka. Odwrócił
się w stronę Kuzyna,
który już celował do niego z pistoletu. Oczywiście chybił, nie
widząc nic bez okularów, więc sięgnął po nie i wycelował
ponownie. Kula trafiła oszusta prosto między oczy. Trup legł na
podłogę. Siostra
ominęła go i zbliżyła się Reapera.
-
Myślałem, że sobie żartujesz, naprawdę nie wiedziałeś, że to
nie on? - zaśmiał się kapitan.
-
Mówiłem, bez okularów nic nie widzę, a zakładam je tylko do
czytania – gestem nakazał rozbawionemu Diabłu
milczenie. - James, ja nie miewam przeczuć tak jak ty. Żeby się
czegoś dowiedzieć muszę podjąć jakieś konkretne działania, a
nie nagle, ni stąd, ni zowąd dostaję informację. W moim wypadku
trzeba użyć medytacji lub innych sracji, których i tak nie
zrozumiesz, niewierzący – bąknął. - A on miał podobny głos,
wzrost, więc uwierzyłem...
-
Zresztą nieważne. Przejdźmy do konkretów: kiedy najlepiej udać
się po naszego kamrata?
-
Może ty nam powiesz, panie wszystko przeczuwający? – szydził
Kuzyn.
-
A może ty wprowadzisz się w stan jakiejś sracji? - odparował
Reaper.
Magik
pochylił się do przodu, czołem dotknął zimnej podłogi. Nagle
szybko podniósł ciało ku górze i zaczął coś krzyczeć z rękoma
wzniesionymi pod sufit. Kapitan przewrócił oczami. Kuzyn
rzucił pewną dziwną kulką, która po zetknięciu z ziemią
zamieniła się w dym i mamrotał dalej.
-
O! O! O! O! Oooouuuuooo!
-
Przestań się wygłupiać – zganił go
Diabeł.
-
Aaaaaaaeeeeeoooo!... Jutro koło pierwszej po południu. Wtedy
następuje zmiana warty – powiedział speszony. - Bez tych, jak to
ująłeś „wygłupów”, bym się nie dowiedział!
-
Dobra musimy gdzieś przeczekać do jutra – zwrócił się Reaper
do Siostry.
-
Na górze są dwa pokoje. Możecie się tam zdrzemnąć –
powiedział życzliwie.
-
Gdzie ty będziesz spał?
-
Tutaj.
-
Ale zanim pójdziecie, obmyślmy jakiś plan, bo koleżanka nie
zaśnie z przerażenia – uśmiechnął się pogardliwie.
Chciałabym
przeprosić, że tak długo nic się nie pojawiło. Zajmowałam się
głównie zupełnie innym opowiadaniem, które być może kiedyś
znajdzie się na tym blogu. Następne części postaram się dodawać
częściej oraz może uczynię je trochę dłuższymi.
Selene
piątek, 30 marca 2012
Rozdział Drugi: Siostra
Dzień
chylił się już ku zachodowi. Niebo nabrało barwy dojrzałej pomarańczy, gdy
czerwona tarcza dotknęła horyzontu. Przy ostatnich podmuchach dziennej bryzy
ocean złocił się i marszczył leciutko. Od miejskich murów emanowało gorąco.
Ludzie wychodzili na spacery, ponieważ na zewnątrz było chłodniej niż w ich
własnych domach. Kto nie chciałby przystanąć na chwilę i rzucić okiem na ten
zniewalający widok zachodu słońca w Port Royal?
- Na
pewno to ja! – wrzasnęła ironicznie do dwóch umięśnionych zbirów, goniących ją
od momentu, w którym omówiła oddania pieniędzy ich szefowi. – Zrozumcie –
odwróciła się do nich twarzą i dalej biegła tyłem – To nie byłam ja! Nawet nie
jestem mężczyzną!
Gdy próba
pozbycia się mięśniaków drogą dyplomatyczną spaliła na panewce, wykonała zwrot
o 180 stopni, po czym zniknęła w jednym z mrocznych zaułków. Wpadła do baru
tylnym wejściem. Barman wyraźnie zaskoczony jej towarzystwem za ladą, upuścił
kufel. Na szczęście pusty. Dziewczyna przerzuciła wiotkie ciało nad ladą i
odpychając się rękoma od bywalców baru, wyskoczyła przez główne drzwi.
Przystanęła na chwilę. Wzięła głęboki oddech, wpuściła do płuc świeże powietrze
– czego nie można było powiedzieć o tym w barze – szybko spojrzała na lewo
potem na prawo i skoczyła w lewo, w stronę portu.
Zbiry, o
sporej masie, miały większe problemy z przelatywaniem nad ladami barów, dlatego
wyjście z pubu zabrało im trochę czasu. Stanęli na ulicy. Spojrzeli po sobie
porozumiewawczo i rozbiegli się w dwie strony.
- Kurcze!
– wycedziła przez zęby, gdy rozejrzała się po porcie i nie zobaczyła żadnego
miejsca zdatnego na kryjówkę. – Ha, ha! To może się udać… - szepnęła zaraz po
ujrzeniu wielkiego statku, przycumowanego nieopodal. Rozejrzała się w
poszukiwaniu jakiejś szalupy. – Szlag! – nie znalazła jej. Usłyszała stukot
butów o kocie łby. – Niedobrze… - rzuciła się nabrzeżem ponownie w lewo.
Jeszcze
raz w lewo w najbliższą uliczkę. Zobaczyła przed sobą wysoką postać w długim
płaszczu, a co ważniejsze pokaźną sakiewkę u jej pasa. Przechodzień zwolnił
kroku. Ha! Ułatwia mi robotę!,
powiedziała w myślach. Na wysokości kolejnego zaułka znalazła się u boku
mężczyzny. Chwyciła mieszek i niechybnie biegłaby dalej, gdyby nie uniemożliwiła
jej tego silna ręka wciągająca dziewczynę za sobą w otchłań zaułka. Sakiewka
wypadła z damskiej dłoni, mocno ściśniętej i wpadła w długie palce mężczyzny.
Ów człowiek drugą ręką zasłonił jej usta, jednocześnie przyciskając ją z całej
siły do zimnej, wilgotnej, wiecznie ukrytej w cieniu ściany.
Serce
waliło jej w piersi. Oddech był krótki i szybki. Tajemnicza postać zwróciła
wzrok nieznacznie w stronę uliczki, po której przebiegł, dysząc ciężko, znajomy
zbój. Mężczyzna zluzował uścisk. Przykładając palec do ust, nakazał milczenie.
Skinęła delikatnie głową, zaczynała się uspokajać. Nałożył jej na głowę swój
kapelusz, zdjął płaszcz i wręczył jej, mówiąc: „załóż to”. Usłuchała, a czemu
by nie? Wysunęli się z ciemności.
- Witaj
Siostrzyczko… - szepnął, pochylając się ku niej nieznacznie.
- Miło
cię widzieć, Reaper – uśmiechnęła się, gdy usłyszała znajomy głos.
-
Potrzebuję pomocy… yyy… em… Wie pan kapitanie, jak to jest, nie zawsze uda się
uratować wszystkich ludzi – rzucił, gdy zobaczył kolejnego zbira. Dziewczyna
skinęła głową, udając niezwykle zajętą słowami człowieka u jej boku, który
teraz bynajmniej nie wyglądał jak kapitan. – Uf, niewiele brakowało –
powiedział, gdy bandyta ich minął. – Słyszałaś o śmierci Matki?
- Mhm… -
mruknęła i poczuła jak łzy napływają jej do oczu.
- I wiesz
zapewne, że ktoś pomógł jej umrzeć…
- Tak,
wiem – z trudem przełknęła ślinę. – Ale James, nie możesz się za to obwiniać,
to nie była twoja wina – wypowiedziała te słowa najdelikatniej jak potrafiła,
kiedy zobaczyła wyraz twarzy kapitana.
- Ale
gdybym tam był, byłbym w stanie ją uratować…
Przystanęli
na chwilę. Znajdowali się w porcie. Od strony sporego statku nadpływała
szalupa.
- Nie
zadręczaj się… Nie możesz… Ja… ja tam byłam… - był szokowany, dlaczego o tym
nie wiedział? – I to ja jej nie uratowałam…! Zrozum…! Mogłam to zrobić, ale z
przyczyn, których nawet nie potrafię wyjaśnić, nie zrobiłam tego!
Jej twarz
zalała się łzami. Szalupa przybiła do kei i czekała na nich.
- Chodź,
wsiadaj – powiedział głosem wypranym z jakichkolwiek emocji.
Wsiedli
do szalupy. Zapanowała niezręczna cisza, która trwała aż do przybycia do
statku. Gdy wdrapali się na pokład, cała załoga umilkła. Reaper spojrzał
pytająco na Tueura. Francuz odwrócił się na chwilę w stronę załogi i machnął
szybko ręką. Marynarze wrócili do pracy, szepcząc między sobą. Kapitan wskazał
ręką swoje drzwi i skłonił się lekko. Siostra
ruszyła w ich kierunku.
-
Kapitanie, co robimy? – zwrócił się oficer do kapitana.
-
Na razie zostajemy w porcie – rzucił i zaczął się oddalać.
-
Kapitanie! – Reaper odwrócił się z wyraźnie zniesmaczonym wyrazem twarzy. – Czy
mógłbym spytać…
-
Zawsze możesz, wiesz o tym – przerwał mu Diabeł.
Francis
zbliżył się do Reapera i mruknął mu do ucha:
-
Kim jest ta kobieta?
-
Ona? – pochylił głowę lekko w stronę swojej kajuty. – To moja siostra.
-
Ale kapitanie… - wyjąkał, jednak rozmówca uznał sprawę za zamkniętą i odszedł. –
Co tu się, do stu diabłów, dzieje! – warknął do siebie.
***
-
Byłeś już na Tortudze? – spytała go drżącym głosem.
-
Byłem. – po dłuższej chwili milczenia dodał – Niestety moje przewidywania
potwierdziły się…
-
Siedzi? – wbiła błękitne oczy w postać kapitana.
-
Na nieszczęście…
-
Tu? W Port Royal?
-
Ehem… Nie będzie łatwo… Masz może jakiś plan?
-
Ja? – wytrzeszczyła oczy. – Pytasz mnie? Po tym, co ci powiedziałam, myślałam,
że nie będziesz chciał ze mną pracować…
-
Chcę.
-
W takim razie, będzie nam potrzebna jeszcze jedna osoba…
-
Kto i gdzie jest? – spojrzał na nią oczami błyszczącymi nadzieją.
Siostra podniosła wzrok. Błękitne oczęta
uśmiechnęły się na chwilę.
-
Kuzyn. A jest tu, w Port Royal.
poniedziałek, 26 marca 2012
Rozdział Pierwszy: Diabeł opuszcza piekło
Sam
nie wiedział, który to już dzień był na morzu. Coś kołatało mu się w głowie:
może sto szesnasty, może sto siedemnasty, ale kto o to dba? On nie. Jego cel
był inny i na pewno nie miał nic wspólnego z tym, jak długo przebywał na
pokładzie Aliento de Dios –
hiszpańskiego okrętu liniowego, choć powinnam raczej powiedzieć skradzionego hiszpańskiego okrętu
liniowego, którego nazwa oznaczała nie więcej niż Oddech Boga. Modlił się teraz, przepraszam, liczył teraz tylko na
spokojny powrót do portu ze skradzionym okrętem. W przeciwieństwie do
większości żeglarzy, kapitan James Reaper nie wierzył w nic, co nadprzyrodzone.
„Ma ku temu dobre powody”. Najprawdopodobniej taka odpowiedź padłaby, gdyby ktokolwiek
ośmielił się zapytać pierwszego oficera – Tueura, który znał się z kapitanem
Reaperem jak dwa łyse konie. Nikt z pływających pod nim marynarzy nie znał go
lepiej. Ba! Nikt nie znał go wcale. Reaper był postacią otuloną wieczną mgłą
tajemnicy. Nie był człowiekiem bardzo rozmownym i w głębi swojego serca
nienawidził ludzi, a miał ich do nienawidzenia aż czterystu. Załoga się go
bała. Gdy wychodził na pokład, co i tak nie zdarzało mu się często, drżący z
przerażania marynarze odwracali głowy, by nie spotkać się wzrokiem z kapitanem.
Za każdym razem, gdy wynurzał się z mrocznej otchłani swojej kajuty, działo się
coś złego. Zazwyczaj ktoś tracił to, co najcenniejsze: życie bądź duszę. Albo
za swoje występki członek załogi oddawał życie, licząc na zbawienie po śmierci
i upragnioną wolność, albo przysięgał coś kapitanowi, co samo w sobie było
przekazaniem duszy w ręce Diabła,
taki właśnie przydomek zyskał sobie kapitan James Reaper.
A zatem… Sto
szesnastego bądź też sto siedemnastego dnia żeglugi, gdy międzyzwrotnikowe,
bezlitosne słońce zalewało deski pokładu Aliento
de Dios, a radosne krzyki i śpiewy spracowanych, zalepionych brudem
majtków, podnosiły na duchu wycieńczonych szotmanów, mocne, ciężkie,
lakierowane drzwi z dobrego, ciemnego drewna otworzyły się powoli, wydając z
siebie cichutki jęk rozpaczy, zwiastujący czyjąś rychłą zgubę. W otwartych
wrotach pojawiła się postać kapitana, a z wnętrza kajuty na pokład statku
spłynęła chmura kurzu. Śpiewy umilkły natychmiast. Wysoki mężczyzna o surowym
wyrazie twarzy obrócił się na pięcie. Ułożył swoją dłoń na czole, by osłonić
ciemne, błyszczące oczy od białych promieni słońca i skierował wzrok na Tueura,
stojącego za sterem. Francuz skłonił głowę, zdejmując przy tym swój kapelusz, a
na twarzy kapitana pojawił się jakby cień uśmiechu. Oficer uśmiechnął się
promiennie i wrócił do sterowania zaraz po tym, jak kapitan zwrócił swą twarz w
kierunku dziobu. Wolnym, spokojnym krokiem ruszył przed siebie. Żeglarze kulili
się w sobie i stawali się odrobinę mniejsi, przynajmniej na pierwszy rzut oka.
Swoje twarze zwracali w dół i wbijali martwe oczy w pokład lub posyłali swoje
szklane oczy na zbadanie horyzontu. Szczęśliwcy, których kapitan minął
oddychali z wyraźną ulgą, tłumiąc śmiech radości z życia. W pewnym momencie Diabeł zatrzymał się i skręcił w swoją
lewą stronę. Stojący przy burcie młodszy marynarz, osunął się na kolana. Był
bliski omdlenia. Łapał powietrze dużymi haustami. Zaciskał zmęczone oczy, z
których popłynęły gorące łzy. Na brudnych, brązowawych policzkach pojawiły się
dwie czystsze ścieżki – koryta dwóch słonych potoków. Słońce prześliznęło się
po zrozpaczonej postaci i zaigrało na słonej kropli niebezpiecznie szybko
zbliżającej się do granicy podbródka. Wychudzone, długie palce splotły się w
błagalnym geście, a kościstym ciałem wstrząsnął strach, gdy kapitan zatrzymał
się obok niego. Serce chłopaka zamarło, oddech ustąpił, ręka Reapera spoczęła
na ramieniu majtka i pociągnęła go w górę. Na ugiętych nogach, dygotał jak
galareta, spoglądając w górę prosto w oczy śmierci, które spod przymrużonych
powiek badały jego duszę. Majtek przełknął ślinę, gdy niezwykle silna ręka
pociągnęła go w stronę swego właściciela. Diabeł
wyszeptał coś prosto do ucha chłopaka. Cała załoga wstrzymała oddech. Tueur
wytrzeszczał oczy i szykował się na brutalny widok. Jednak ręka odsunęła od
siebie zwiotczałe ciało i upuściła je na deski pokładu, na których następnie
wiło się, wylewając łzy. Napięcie i stres powoli opuszczały wątłe członki
chłopaka. Przeżegnał się i wrócił do swoich zajęć.
- Dalej! Na co się
gapicie?! Wracać do swoich zadań! Nędzne ofermy! – wrzasnął oficer i sam
odwrócił wzrok.
James
Reaper stał na bakburcie w cieniu ogromnego grota. Wiatr wypełniał żagle i
smagał jego twarz. Jeden nieposłuszny kosmyk wysunął się z uścisku wstążki i
opadł mu na oczy, delikatnie muskając jego lewy policzek. Jednym szybkim ruchem
ręki ułożył go za uchem. Patrzył w dal, na falujące otchłanie oceanu, srebrzące
się w południowym słońcu. Potem przeniósł wzrok na błękitne niebo; żadnego obłoczka.
Poczuł na twarzy mocniejszy podmuch wiatru. Wpuścił do płuc chłodne, słone
powietrze, opierając się o burtę. Przymrużonymi oczyma wpatrywał się dal.
Kochał to. Tak, naprawdę, to było to, czego zawsze pragnął, a uświadomił to
sobie dopiero teraz. Nie mógł żyć bez wody, bez wiatru w żaglach, nawet bez
sztormu, którego, akurat, nic nie zapowiadało.
Wrząca
kula światła znajdowała się dokładnie za jego plecami, ale w tej chwili
przysłaniał ją wielki żagiel, przesunięty w stronę sterburty. Aliento de Dios płynął półwiatrem lewego
halsu, na wschód. Kurs: Wielkie Antyle, a konkretniej Wyspa Tortuga, leżąca u
północnych wybrzeży Hispanioli. Ile jeszcze mogą płynąć? Przy sprzyjającym
wietrze… Może w kilkanaście dni byliby u celu, a jeżeliby spotkał ich sztorm?
Podróż może potrwać wieki. Wtedy przede wszystkim należy uratować okręt.
Kapitan Reaper odsunął od siebie tą myśl, niby dlaczego miałby zajmować sobie
głowę sztormem, który najprawdopodobniej się nie zjawi? Wystarczająco dużo
trosk zaprzątało jego głowę. Śmierć matki, choroba ojca, los siostry i brat w
więzieniu, a to tylko niektóre z problemów, o których nie mógł przestać myśleć.
A na dodatek ten śmiertelnie przerażony chłopak… Nigdy w życiu nie chciał być
odbierany w ten sposób. Westchnął. Potarł powieki palcami, a następnie
zamrugał, patrząc przed siebie. Obrócił się i szybkim krokiem wrócił do kajuty.
Trzasnęły
drzwi. Twarz Tueura na chwilę przybrała kwaśny wyraz.
- Oficer
Tueur, półwiatr lewego halsu, kurs na…- urwał.- Pieprzyć to! Niech ktoś przejmie
ster!
Jakiś
marynarz złapał koło sterowe i niepewną ręką prowadził przez ogrom oceanu,
przecinając fale kilem statku. Nie za wysoki, a raczej po prostu niski Francuz
zbiegł po schodach na pokład. Jego ciężkie buciory bębniły o deski. Umięśniony
oficer podszedł do ciemnych drzwi. Wziął głęboki oddech i najdelikatniej, jak
mógł przy pomocy tak silnej ręki, zapukał do drzwi.
- Wejdź…
- usłyszał obojętny głos kapitana.
-
Kapitanie, czy coś pana niepokoi? – zapytał uniżonym głosem, starając się nie
urazić tego głęboko zadumanego człowieka.
- Wiesz
Francis… jaka jest moja sytuacja rodzinna… Dziś albo wczoraj, albo jutro wypada
rocznica śmierci mojej matki. Nie było mnie przy niej Francis…
-
Przepraszam, ale nie rozumiem. Jest pan taki roztargniony z powodu czyjejś
śmierci?
- Cóż za
ignorancja, Francis! Nawet sobie nie wyobrażasz ile zawdzięczałem tej kobiecie!
Niby słaba, krucha, a jeślibyś zechciał policzyć ile razy dzięki niej nie
straciłem życia… Wyszłaby ogromna liczba… Ona nauczyła mnie dyscypliny. Ona
wpakował mnie na statek, dzięki niej jestem teraz, kim jestem! Tak jak ona
uczyła mnie, jako dziecko, tak teraz ja uczę dyscypliny moich żeglarzy!
- To
prawda, kapitanie. Tylko dzięki panu pracują tak dokładnie – wyszeptał oficer,
który nagle poczuł się winny. Nie zamierzał odkrywać prawdziwej natury Diabła, ale mimo wszystko był rad, że
kapitan na tyle mu ufa. – Najmocniej pana przepraszam, nie chciałem pana
urazić…
-
Francis, tu wcale nie chodzi o to, że ona nie żyje…, znaczy o to też, ale nie
aż w takim stopniu. Widzisz… Ważne jest, kto
ośmielił się zrobić coś takiego i czemu ze mną zadziera…
-
Kapitanie, może po prostu miała przy sobie coś cennego albo, no nie wiem,
znalazła się w złym miejscu… w złym czasie i widziała coś, czego nie powinna, i
ktoś się jej pozbył. Kapitanie, nie znam człowieka tak głupiego…
- Bądź
tak sprytnego… - wtrącił kapitan, który wiedział, że wrogów nie należy
lekceważyć, nawet, jeśli na pierwszy rzut oka wydaje się, że nie stanowią
zagrożenia lub, tak jak było w tej sytuacji, nawet nie istnieją.
- Tak,
tak! Bądź tak sprytnego by z panem zadzierać. Nie uważam, także, żeby ktoś
widział taką potrzebę albo, chociaż jakąkolwiek korzyść z walki z panem, więc
dlaczego, jeśli wolno mi spytać, twierdzi pan, że ktoś zrobił to specjalnie, by
pana rozdrażnić?
Kapitan,
który do tej pory siedział na swojej koi, wstał i począł niespokojnie krążyć po
kajucie. Na jego twarzy malował się wyraz głębokiej zadumy. Milczał chwilę,
dłuższą chwilę, by uporządkować swoje myśli, które wirowały, tworząc śmiercionośne
tornado, pustoszące jego głowę i druzgoczące jego wewnętrzny spokój. Tymczasem
w głowie oficera panowała idealna próżnia. Pustka. Nawet, jeśli kiedyś lub też
przed chwilą myślał o czymś, to teraz nie był zdolny wrócić do tych rzeczy.
Czuł się tak, jakby ktoś uderzył go w tył głowy. Obraz rozmazał mu się przed
oczami, w skutek zbyt długiego wpatrywania się w sęk na jednej z desek,
tworzących podłogę.
-Mam
przeczucie… No, po prostu wiem! – powiedział kapitan zatrzymując się na chwilę
przed oficerem.
Tueur
przybrał bardzo poważny wyraz twarzy, choć zakłócił go szybki uśmiech, który
tylko przemknął po jego ustach na myśl o przeczuciach kapitana. To była jedna z
tych cech, która zapewniała Reaperowi posłuch i zaufanie wśród załogi. Nigdy
się nie mylił. Jego przeczucia, choćby nie wiem jak nieprawdopodobne, zawsze
okazywały się prawdą.
-
Potrzebuję twojej pomocy i pomocy innych zaufanych ludzi – Tueur zagwizdał
cichutko, nie miał pojęcia, gdzie po tylu latach znajdują się zaufani ludzie. Został spiorunowany spojrzeniem
Reapera. – Planuję pewną wyprawę, ale najpierw, muszę wyciągnąć brata z
więzienia, a siostrę z tego bagna, w którym się znalazła.
- Aye,
kapitanie! Za tobą nawet na koniec świata!
-
Francis, przecież i tak nie masz nic do roboty na lądzie – kapitan uśmiechnął
się, a Francuz poczuł się nagle lekko.
- Czy
chcesz abym coś dla ciebie zrobił, kapitanie? – spytał, gdy już wstał z
krzesła.
- Po
prostu doprowadź bezpiecznie statek do portu, będę zobowiązany – wyrzekł to z
tak wyraźną nutą sarkazmu w głosie, że Tueur musiał powstrzymać śmiech.
- Aye,
kapitanie! – krzyknął, salutując przy tym i przesuwając ciężkim buciorem po
podłodze, żeby dołączyć go do drugiego ciężkiego buciora. Skierował kroki ku
drzwiom.
Gdy
zamknął je za sobą cichutko, obrócił się w stronę dziobu. Podparł się pod boki
i wziął głęboki oddech. Jeszcze raz prześledził w myślach przebieg rozmowy z Diabłem. Zaraz, zaraz… Planuję pewną wyprawę, ale najpierw, muszę
wyciągnąć brata z więzienia, a siostrę z tego bagna, w którym się znalazła. Siostrę?
Pierwsze słyszał, żeby kapitan miał siostrę. A brat? Wprawdzie brat Diabła zamieszkiwał ostatnio pewną,
niezbyt wielką celę, ale niby dlaczego człowiek pokroju kapitana Jamesa Reapera
miałby wyciągać z więzienia taką gnidę, takiego nieudacznika, człowieka, którym
otwarcie gardził. Coś tu śmierdzi,
pomyślał oficer. Jednak szybko zorientował się, że smród ten pochodzi od
brudnej załogi, pocącej się w słońcu. Lecz coś nie dawało mu spokoju. Diabeł obmyślał właśnie jakiś iście
szatański plan, a on ze swoim prostym oficerskim umysłem ni cholery, nie mógł
zrozumieć, o co mu szło.
Selene
Selene
Wprowadzenie i do pracy!
Witajcie!
Nie jest to mój pierwszy blog, ale mam nadzieję, że tego nie porzucę po zaledwie jednym wpisie. Aby nie kazać nikomu czekać jeszcze dziś zamieszczę pierwszą część, no właśnie pierwzą część czego? Opowiadania? Książki? Nie wiem ile mi to zajmie... W takim razie, zamieszczę pierwszą część opowieści.
Krótkie wprowadzenie
Opowieść dotyczy piratów, choć mogą zdarzyć się także elementy fantastyczne. Wydarzenie toczą się w XVII wieku na Karaibach (w żadnym wypadku nie jest to ściąga z "Piratów z Karaibów", o czym się zresztą przekonacie) Większość bohaterów jest zmyślona, ale nie mogę zagwarantować, że nie pojawią się postaci historyczne, może jacyś sławni piraci? Kto wie... Należy pamiętać jednak, że to co tu czytacie to w znacznej części fikcja literacka i nie należy traktować tej opowieści jako źródła informacji.
Zapraszam do lektury i komentowania!
Selene
Subskrybuj:
Posty (Atom)