Dzień
chylił się już ku zachodowi. Niebo nabrało barwy dojrzałej pomarańczy, gdy
czerwona tarcza dotknęła horyzontu. Przy ostatnich podmuchach dziennej bryzy
ocean złocił się i marszczył leciutko. Od miejskich murów emanowało gorąco.
Ludzie wychodzili na spacery, ponieważ na zewnątrz było chłodniej niż w ich
własnych domach. Kto nie chciałby przystanąć na chwilę i rzucić okiem na ten
zniewalający widok zachodu słońca w Port Royal?
- Na
pewno to ja! – wrzasnęła ironicznie do dwóch umięśnionych zbirów, goniących ją
od momentu, w którym omówiła oddania pieniędzy ich szefowi. – Zrozumcie –
odwróciła się do nich twarzą i dalej biegła tyłem – To nie byłam ja! Nawet nie
jestem mężczyzną!
Gdy próba
pozbycia się mięśniaków drogą dyplomatyczną spaliła na panewce, wykonała zwrot
o 180 stopni, po czym zniknęła w jednym z mrocznych zaułków. Wpadła do baru
tylnym wejściem. Barman wyraźnie zaskoczony jej towarzystwem za ladą, upuścił
kufel. Na szczęście pusty. Dziewczyna przerzuciła wiotkie ciało nad ladą i
odpychając się rękoma od bywalców baru, wyskoczyła przez główne drzwi.
Przystanęła na chwilę. Wzięła głęboki oddech, wpuściła do płuc świeże powietrze
– czego nie można było powiedzieć o tym w barze – szybko spojrzała na lewo
potem na prawo i skoczyła w lewo, w stronę portu.
Zbiry, o
sporej masie, miały większe problemy z przelatywaniem nad ladami barów, dlatego
wyjście z pubu zabrało im trochę czasu. Stanęli na ulicy. Spojrzeli po sobie
porozumiewawczo i rozbiegli się w dwie strony.
- Kurcze!
– wycedziła przez zęby, gdy rozejrzała się po porcie i nie zobaczyła żadnego
miejsca zdatnego na kryjówkę. – Ha, ha! To może się udać… - szepnęła zaraz po
ujrzeniu wielkiego statku, przycumowanego nieopodal. Rozejrzała się w
poszukiwaniu jakiejś szalupy. – Szlag! – nie znalazła jej. Usłyszała stukot
butów o kocie łby. – Niedobrze… - rzuciła się nabrzeżem ponownie w lewo.
Jeszcze
raz w lewo w najbliższą uliczkę. Zobaczyła przed sobą wysoką postać w długim
płaszczu, a co ważniejsze pokaźną sakiewkę u jej pasa. Przechodzień zwolnił
kroku. Ha! Ułatwia mi robotę!,
powiedziała w myślach. Na wysokości kolejnego zaułka znalazła się u boku
mężczyzny. Chwyciła mieszek i niechybnie biegłaby dalej, gdyby nie uniemożliwiła
jej tego silna ręka wciągająca dziewczynę za sobą w otchłań zaułka. Sakiewka
wypadła z damskiej dłoni, mocno ściśniętej i wpadła w długie palce mężczyzny.
Ów człowiek drugą ręką zasłonił jej usta, jednocześnie przyciskając ją z całej
siły do zimnej, wilgotnej, wiecznie ukrytej w cieniu ściany.
Serce
waliło jej w piersi. Oddech był krótki i szybki. Tajemnicza postać zwróciła
wzrok nieznacznie w stronę uliczki, po której przebiegł, dysząc ciężko, znajomy
zbój. Mężczyzna zluzował uścisk. Przykładając palec do ust, nakazał milczenie.
Skinęła delikatnie głową, zaczynała się uspokajać. Nałożył jej na głowę swój
kapelusz, zdjął płaszcz i wręczył jej, mówiąc: „załóż to”. Usłuchała, a czemu
by nie? Wysunęli się z ciemności.
- Witaj
Siostrzyczko… - szepnął, pochylając się ku niej nieznacznie.
- Miło
cię widzieć, Reaper – uśmiechnęła się, gdy usłyszała znajomy głos.
-
Potrzebuję pomocy… yyy… em… Wie pan kapitanie, jak to jest, nie zawsze uda się
uratować wszystkich ludzi – rzucił, gdy zobaczył kolejnego zbira. Dziewczyna
skinęła głową, udając niezwykle zajętą słowami człowieka u jej boku, który
teraz bynajmniej nie wyglądał jak kapitan. – Uf, niewiele brakowało –
powiedział, gdy bandyta ich minął. – Słyszałaś o śmierci Matki?
- Mhm… -
mruknęła i poczuła jak łzy napływają jej do oczu.
- I wiesz
zapewne, że ktoś pomógł jej umrzeć…
- Tak,
wiem – z trudem przełknęła ślinę. – Ale James, nie możesz się za to obwiniać,
to nie była twoja wina – wypowiedziała te słowa najdelikatniej jak potrafiła,
kiedy zobaczyła wyraz twarzy kapitana.
- Ale
gdybym tam był, byłbym w stanie ją uratować…
Przystanęli
na chwilę. Znajdowali się w porcie. Od strony sporego statku nadpływała
szalupa.
- Nie
zadręczaj się… Nie możesz… Ja… ja tam byłam… - był szokowany, dlaczego o tym
nie wiedział? – I to ja jej nie uratowałam…! Zrozum…! Mogłam to zrobić, ale z
przyczyn, których nawet nie potrafię wyjaśnić, nie zrobiłam tego!
Jej twarz
zalała się łzami. Szalupa przybiła do kei i czekała na nich.
- Chodź,
wsiadaj – powiedział głosem wypranym z jakichkolwiek emocji.
Wsiedli
do szalupy. Zapanowała niezręczna cisza, która trwała aż do przybycia do
statku. Gdy wdrapali się na pokład, cała załoga umilkła. Reaper spojrzał
pytająco na Tueura. Francuz odwrócił się na chwilę w stronę załogi i machnął
szybko ręką. Marynarze wrócili do pracy, szepcząc między sobą. Kapitan wskazał
ręką swoje drzwi i skłonił się lekko. Siostra
ruszyła w ich kierunku.
-
Kapitanie, co robimy? – zwrócił się oficer do kapitana.
-
Na razie zostajemy w porcie – rzucił i zaczął się oddalać.
-
Kapitanie! – Reaper odwrócił się z wyraźnie zniesmaczonym wyrazem twarzy. – Czy
mógłbym spytać…
-
Zawsze możesz, wiesz o tym – przerwał mu Diabeł.
Francis
zbliżył się do Reapera i mruknął mu do ucha:
-
Kim jest ta kobieta?
-
Ona? – pochylił głowę lekko w stronę swojej kajuty. – To moja siostra.
-
Ale kapitanie… - wyjąkał, jednak rozmówca uznał sprawę za zamkniętą i odszedł. –
Co tu się, do stu diabłów, dzieje! – warknął do siebie.
***
-
Byłeś już na Tortudze? – spytała go drżącym głosem.
-
Byłem. – po dłuższej chwili milczenia dodał – Niestety moje przewidywania
potwierdziły się…
-
Siedzi? – wbiła błękitne oczy w postać kapitana.
-
Na nieszczęście…
-
Tu? W Port Royal?
-
Ehem… Nie będzie łatwo… Masz może jakiś plan?
-
Ja? – wytrzeszczyła oczy. – Pytasz mnie? Po tym, co ci powiedziałam, myślałam,
że nie będziesz chciał ze mną pracować…
-
Chcę.
-
W takim razie, będzie nam potrzebna jeszcze jedna osoba…
-
Kto i gdzie jest? – spojrzał na nią oczami błyszczącymi nadzieją.
Siostra podniosła wzrok. Błękitne oczęta
uśmiechnęły się na chwilę.
-
Kuzyn. A jest tu, w Port Royal.