Sam
nie wiedział, który to już dzień był na morzu. Coś kołatało mu się w głowie:
może sto szesnasty, może sto siedemnasty, ale kto o to dba? On nie. Jego cel
był inny i na pewno nie miał nic wspólnego z tym, jak długo przebywał na
pokładzie Aliento de Dios –
hiszpańskiego okrętu liniowego, choć powinnam raczej powiedzieć skradzionego hiszpańskiego okrętu
liniowego, którego nazwa oznaczała nie więcej niż Oddech Boga. Modlił się teraz, przepraszam, liczył teraz tylko na
spokojny powrót do portu ze skradzionym okrętem. W przeciwieństwie do
większości żeglarzy, kapitan James Reaper nie wierzył w nic, co nadprzyrodzone.
„Ma ku temu dobre powody”. Najprawdopodobniej taka odpowiedź padłaby, gdyby ktokolwiek
ośmielił się zapytać pierwszego oficera – Tueura, który znał się z kapitanem
Reaperem jak dwa łyse konie. Nikt z pływających pod nim marynarzy nie znał go
lepiej. Ba! Nikt nie znał go wcale. Reaper był postacią otuloną wieczną mgłą
tajemnicy. Nie był człowiekiem bardzo rozmownym i w głębi swojego serca
nienawidził ludzi, a miał ich do nienawidzenia aż czterystu. Załoga się go
bała. Gdy wychodził na pokład, co i tak nie zdarzało mu się często, drżący z
przerażania marynarze odwracali głowy, by nie spotkać się wzrokiem z kapitanem.
Za każdym razem, gdy wynurzał się z mrocznej otchłani swojej kajuty, działo się
coś złego. Zazwyczaj ktoś tracił to, co najcenniejsze: życie bądź duszę. Albo
za swoje występki członek załogi oddawał życie, licząc na zbawienie po śmierci
i upragnioną wolność, albo przysięgał coś kapitanowi, co samo w sobie było
przekazaniem duszy w ręce Diabła,
taki właśnie przydomek zyskał sobie kapitan James Reaper.
A zatem… Sto
szesnastego bądź też sto siedemnastego dnia żeglugi, gdy międzyzwrotnikowe,
bezlitosne słońce zalewało deski pokładu Aliento
de Dios, a radosne krzyki i śpiewy spracowanych, zalepionych brudem
majtków, podnosiły na duchu wycieńczonych szotmanów, mocne, ciężkie,
lakierowane drzwi z dobrego, ciemnego drewna otworzyły się powoli, wydając z
siebie cichutki jęk rozpaczy, zwiastujący czyjąś rychłą zgubę. W otwartych
wrotach pojawiła się postać kapitana, a z wnętrza kajuty na pokład statku
spłynęła chmura kurzu. Śpiewy umilkły natychmiast. Wysoki mężczyzna o surowym
wyrazie twarzy obrócił się na pięcie. Ułożył swoją dłoń na czole, by osłonić
ciemne, błyszczące oczy od białych promieni słońca i skierował wzrok na Tueura,
stojącego za sterem. Francuz skłonił głowę, zdejmując przy tym swój kapelusz, a
na twarzy kapitana pojawił się jakby cień uśmiechu. Oficer uśmiechnął się
promiennie i wrócił do sterowania zaraz po tym, jak kapitan zwrócił swą twarz w
kierunku dziobu. Wolnym, spokojnym krokiem ruszył przed siebie. Żeglarze kulili
się w sobie i stawali się odrobinę mniejsi, przynajmniej na pierwszy rzut oka.
Swoje twarze zwracali w dół i wbijali martwe oczy w pokład lub posyłali swoje
szklane oczy na zbadanie horyzontu. Szczęśliwcy, których kapitan minął
oddychali z wyraźną ulgą, tłumiąc śmiech radości z życia. W pewnym momencie Diabeł zatrzymał się i skręcił w swoją
lewą stronę. Stojący przy burcie młodszy marynarz, osunął się na kolana. Był
bliski omdlenia. Łapał powietrze dużymi haustami. Zaciskał zmęczone oczy, z
których popłynęły gorące łzy. Na brudnych, brązowawych policzkach pojawiły się
dwie czystsze ścieżki – koryta dwóch słonych potoków. Słońce prześliznęło się
po zrozpaczonej postaci i zaigrało na słonej kropli niebezpiecznie szybko
zbliżającej się do granicy podbródka. Wychudzone, długie palce splotły się w
błagalnym geście, a kościstym ciałem wstrząsnął strach, gdy kapitan zatrzymał
się obok niego. Serce chłopaka zamarło, oddech ustąpił, ręka Reapera spoczęła
na ramieniu majtka i pociągnęła go w górę. Na ugiętych nogach, dygotał jak
galareta, spoglądając w górę prosto w oczy śmierci, które spod przymrużonych
powiek badały jego duszę. Majtek przełknął ślinę, gdy niezwykle silna ręka
pociągnęła go w stronę swego właściciela. Diabeł
wyszeptał coś prosto do ucha chłopaka. Cała załoga wstrzymała oddech. Tueur
wytrzeszczał oczy i szykował się na brutalny widok. Jednak ręka odsunęła od
siebie zwiotczałe ciało i upuściła je na deski pokładu, na których następnie
wiło się, wylewając łzy. Napięcie i stres powoli opuszczały wątłe członki
chłopaka. Przeżegnał się i wrócił do swoich zajęć.
- Dalej! Na co się
gapicie?! Wracać do swoich zadań! Nędzne ofermy! – wrzasnął oficer i sam
odwrócił wzrok.
James
Reaper stał na bakburcie w cieniu ogromnego grota. Wiatr wypełniał żagle i
smagał jego twarz. Jeden nieposłuszny kosmyk wysunął się z uścisku wstążki i
opadł mu na oczy, delikatnie muskając jego lewy policzek. Jednym szybkim ruchem
ręki ułożył go za uchem. Patrzył w dal, na falujące otchłanie oceanu, srebrzące
się w południowym słońcu. Potem przeniósł wzrok na błękitne niebo; żadnego obłoczka.
Poczuł na twarzy mocniejszy podmuch wiatru. Wpuścił do płuc chłodne, słone
powietrze, opierając się o burtę. Przymrużonymi oczyma wpatrywał się dal.
Kochał to. Tak, naprawdę, to było to, czego zawsze pragnął, a uświadomił to
sobie dopiero teraz. Nie mógł żyć bez wody, bez wiatru w żaglach, nawet bez
sztormu, którego, akurat, nic nie zapowiadało.
Wrząca
kula światła znajdowała się dokładnie za jego plecami, ale w tej chwili
przysłaniał ją wielki żagiel, przesunięty w stronę sterburty. Aliento de Dios płynął półwiatrem lewego
halsu, na wschód. Kurs: Wielkie Antyle, a konkretniej Wyspa Tortuga, leżąca u
północnych wybrzeży Hispanioli. Ile jeszcze mogą płynąć? Przy sprzyjającym
wietrze… Może w kilkanaście dni byliby u celu, a jeżeliby spotkał ich sztorm?
Podróż może potrwać wieki. Wtedy przede wszystkim należy uratować okręt.
Kapitan Reaper odsunął od siebie tą myśl, niby dlaczego miałby zajmować sobie
głowę sztormem, który najprawdopodobniej się nie zjawi? Wystarczająco dużo
trosk zaprzątało jego głowę. Śmierć matki, choroba ojca, los siostry i brat w
więzieniu, a to tylko niektóre z problemów, o których nie mógł przestać myśleć.
A na dodatek ten śmiertelnie przerażony chłopak… Nigdy w życiu nie chciał być
odbierany w ten sposób. Westchnął. Potarł powieki palcami, a następnie
zamrugał, patrząc przed siebie. Obrócił się i szybkim krokiem wrócił do kajuty.
Trzasnęły
drzwi. Twarz Tueura na chwilę przybrała kwaśny wyraz.
- Oficer
Tueur, półwiatr lewego halsu, kurs na…- urwał.- Pieprzyć to! Niech ktoś przejmie
ster!
Jakiś
marynarz złapał koło sterowe i niepewną ręką prowadził przez ogrom oceanu,
przecinając fale kilem statku. Nie za wysoki, a raczej po prostu niski Francuz
zbiegł po schodach na pokład. Jego ciężkie buciory bębniły o deski. Umięśniony
oficer podszedł do ciemnych drzwi. Wziął głęboki oddech i najdelikatniej, jak
mógł przy pomocy tak silnej ręki, zapukał do drzwi.
- Wejdź…
- usłyszał obojętny głos kapitana.
-
Kapitanie, czy coś pana niepokoi? – zapytał uniżonym głosem, starając się nie
urazić tego głęboko zadumanego człowieka.
- Wiesz
Francis… jaka jest moja sytuacja rodzinna… Dziś albo wczoraj, albo jutro wypada
rocznica śmierci mojej matki. Nie było mnie przy niej Francis…
-
Przepraszam, ale nie rozumiem. Jest pan taki roztargniony z powodu czyjejś
śmierci?
- Cóż za
ignorancja, Francis! Nawet sobie nie wyobrażasz ile zawdzięczałem tej kobiecie!
Niby słaba, krucha, a jeślibyś zechciał policzyć ile razy dzięki niej nie
straciłem życia… Wyszłaby ogromna liczba… Ona nauczyła mnie dyscypliny. Ona
wpakował mnie na statek, dzięki niej jestem teraz, kim jestem! Tak jak ona
uczyła mnie, jako dziecko, tak teraz ja uczę dyscypliny moich żeglarzy!
- To
prawda, kapitanie. Tylko dzięki panu pracują tak dokładnie – wyszeptał oficer,
który nagle poczuł się winny. Nie zamierzał odkrywać prawdziwej natury Diabła, ale mimo wszystko był rad, że
kapitan na tyle mu ufa. – Najmocniej pana przepraszam, nie chciałem pana
urazić…
-
Francis, tu wcale nie chodzi o to, że ona nie żyje…, znaczy o to też, ale nie
aż w takim stopniu. Widzisz… Ważne jest, kto
ośmielił się zrobić coś takiego i czemu ze mną zadziera…
-
Kapitanie, może po prostu miała przy sobie coś cennego albo, no nie wiem,
znalazła się w złym miejscu… w złym czasie i widziała coś, czego nie powinna, i
ktoś się jej pozbył. Kapitanie, nie znam człowieka tak głupiego…
- Bądź
tak sprytnego… - wtrącił kapitan, który wiedział, że wrogów nie należy
lekceważyć, nawet, jeśli na pierwszy rzut oka wydaje się, że nie stanowią
zagrożenia lub, tak jak było w tej sytuacji, nawet nie istnieją.
- Tak,
tak! Bądź tak sprytnego by z panem zadzierać. Nie uważam, także, żeby ktoś
widział taką potrzebę albo, chociaż jakąkolwiek korzyść z walki z panem, więc
dlaczego, jeśli wolno mi spytać, twierdzi pan, że ktoś zrobił to specjalnie, by
pana rozdrażnić?
Kapitan,
który do tej pory siedział na swojej koi, wstał i począł niespokojnie krążyć po
kajucie. Na jego twarzy malował się wyraz głębokiej zadumy. Milczał chwilę,
dłuższą chwilę, by uporządkować swoje myśli, które wirowały, tworząc śmiercionośne
tornado, pustoszące jego głowę i druzgoczące jego wewnętrzny spokój. Tymczasem
w głowie oficera panowała idealna próżnia. Pustka. Nawet, jeśli kiedyś lub też
przed chwilą myślał o czymś, to teraz nie był zdolny wrócić do tych rzeczy.
Czuł się tak, jakby ktoś uderzył go w tył głowy. Obraz rozmazał mu się przed
oczami, w skutek zbyt długiego wpatrywania się w sęk na jednej z desek,
tworzących podłogę.
-Mam
przeczucie… No, po prostu wiem! – powiedział kapitan zatrzymując się na chwilę
przed oficerem.
Tueur
przybrał bardzo poważny wyraz twarzy, choć zakłócił go szybki uśmiech, który
tylko przemknął po jego ustach na myśl o przeczuciach kapitana. To była jedna z
tych cech, która zapewniała Reaperowi posłuch i zaufanie wśród załogi. Nigdy
się nie mylił. Jego przeczucia, choćby nie wiem jak nieprawdopodobne, zawsze
okazywały się prawdą.
-
Potrzebuję twojej pomocy i pomocy innych zaufanych ludzi – Tueur zagwizdał
cichutko, nie miał pojęcia, gdzie po tylu latach znajdują się zaufani ludzie. Został spiorunowany spojrzeniem
Reapera. – Planuję pewną wyprawę, ale najpierw, muszę wyciągnąć brata z
więzienia, a siostrę z tego bagna, w którym się znalazła.
- Aye,
kapitanie! Za tobą nawet na koniec świata!
-
Francis, przecież i tak nie masz nic do roboty na lądzie – kapitan uśmiechnął
się, a Francuz poczuł się nagle lekko.
- Czy
chcesz abym coś dla ciebie zrobił, kapitanie? – spytał, gdy już wstał z
krzesła.
- Po
prostu doprowadź bezpiecznie statek do portu, będę zobowiązany – wyrzekł to z
tak wyraźną nutą sarkazmu w głosie, że Tueur musiał powstrzymać śmiech.
- Aye,
kapitanie! – krzyknął, salutując przy tym i przesuwając ciężkim buciorem po
podłodze, żeby dołączyć go do drugiego ciężkiego buciora. Skierował kroki ku
drzwiom.
Gdy
zamknął je za sobą cichutko, obrócił się w stronę dziobu. Podparł się pod boki
i wziął głęboki oddech. Jeszcze raz prześledził w myślach przebieg rozmowy z Diabłem. Zaraz, zaraz… Planuję pewną wyprawę, ale najpierw, muszę
wyciągnąć brata z więzienia, a siostrę z tego bagna, w którym się znalazła. Siostrę?
Pierwsze słyszał, żeby kapitan miał siostrę. A brat? Wprawdzie brat Diabła zamieszkiwał ostatnio pewną,
niezbyt wielką celę, ale niby dlaczego człowiek pokroju kapitana Jamesa Reapera
miałby wyciągać z więzienia taką gnidę, takiego nieudacznika, człowieka, którym
otwarcie gardził. Coś tu śmierdzi,
pomyślał oficer. Jednak szybko zorientował się, że smród ten pochodzi od
brudnej załogi, pocącej się w słońcu. Lecz coś nie dawało mu spokoju. Diabeł obmyślał właśnie jakiś iście
szatański plan, a on ze swoim prostym oficerskim umysłem ni cholery, nie mógł
zrozumieć, o co mu szło.
Selene
Selene
Bardzo mi się podoba już czekam na kolejną cześć !;)
OdpowiedzUsuńWielkie dzięki! Bardzo się ciszę, że Ci się podoba! A nad następną częścią już pracuję :)!
UsuńCiekawy styl pisania, zachęcający do dalszego czytania. ;)
OdpowiedzUsuńCzekam na następny rozdział :>
Nawet nie wiesz, jaką przyjemność sprawiają mi tego typu komentarze, a przede wszystkim jak bardzo dodają skrzydeł. Dzięki! Mam nadzieję, że uda mi się wstawić ciąg dalszy w najbliższej przyszłości. :)
Usuń